2012-01-16 11:00:01
Tramping przez Indie

Członkowie Klubu Turystyki Ekstremalnej "Deep&High" - ostrowczanin Sebastian Dobrowolski i Joanna Szymanowska - "zaliczyli" wyprawę trampingową do Indii. Wciągu miesiąca przejechali łącznie 5580 km, odwiedzając dziewięć indyjskich stanów, zjedli prawie 30 kg cytrusów, wykonali blisko dwa tysiące zdjęć i nieskończenie wiele razy odmówili wszechobecnym rikszarzom.
Zdjęcia/załączniki do artykułu:
Kliknij na ikonę aby powiększyć załącznik
Wzorem "Spryciuli"
Działalność "Deep&High" to kontynuacja dzieła jednej z najwybitniejszych postaci polskiej speleologii i nurkowania jaskiniowego - Włodka "Spryciuli" Szymanowskiego - który na prywatnej stronie internetowej zamieścił kronikę swojej ponad 20-letniej działalności w górach i jaskiniach na całym świecie. Jego członkowie przybliżają tego typu aktywność wszystkim, którzy czerpanie z życia pełnymi garściami przedkładają ponad siedzenie przed telewizorem.
- Nasz klub to różni ludzie, różne charaktery, różne pasje i jeden cel - poznawanie świata w sposób bardziej intensywny, emocjonujący, pełniejszy - podkreśla Sebastian Dobrowolski - instruktor nurkowania francuskiej federacji CMAS, płetwonurek techniczny i jaskiniowy posiadający na swoim koncie ponad dwa tysiące wykonanych nurkowań, grotołaz, alpinista, podróżnik.
Kierując się klubowym mottem - "docieramy tam, gdzie było niewielu, w sposób na który niewielu by się odważyło" Sebastian wraz z Joanną Szymanowską - prezeską i inicjatorką "Deep&High", po wielu miesiącach skrupulatnych przygotowań, z końcem listopada wyruszyli do Indii. Na pokonanie założonej wcześniej trasy dali sobie miesiąc.
- Połowę czasu spędziliśmy na południu - głównie w Kerali i Goa, następnie przemieszczając się wzdłuż wybrzeża na północ dojechaliśmy do Bombaju, by kolejne dwa tygodnie spędzić w Radżastanie oraz udać się do najbardziej znanych miejsc w Indiach - na wschód od Delhi - Taj Mahal, świętego miasta Varanasi oraz wioski znanej ze świątyń dekorowanych scenami seksualnymi - Khajuraho - mówi Sebastian.
Zgodnie z planem swą wyprawę rozpoczęli od dawnej indyjskiej metropolii.
Hampi górą
- Indie zaatakowały nas smrodem, dźwiękiem klaksonu, dotykiem żebraków i widokiem watah psów i szczurów. Zwycięzcą pierwszego dnia został rykszarz, który otrzymał od nas, w wyniku zmęczenia, tysiąc rupii zamiast stu. Prawdopodobnie wykarmiliśmy całą jego rodzinę na następne pół roku - wspomina Sebastian. - Przy okazji odradzamy naszym następcom polecane wszędzie jedzenie u "Karima" i zwiedzanie Red Fortu, za to zachęcamy do odwiedzin w parku Lodih, otoczonym bujną roślinnością.
Po jednodniowym pobycie w Delhi para odnalazła prawdziwe Indie w Kochi i kolejnych miejscach na trasie Allepey, Goa i Hampi, które okazało się bezkonkurencyjne wobec wszystkich zwiedzonych miejsc.
- Hampi jest fenomenalne! Dwadzieścia kilometrów kwadratowych doskonale zachowanego miasta z ok. XIV wieku, ulokowanego w niewysokich górach porośniętych palmowo - bananowcowym gąszczem. Spośród wielu zabytków, największe wrażenie robią doskonale zachowane Stajnia Słoni i Świątynia Wirupakszy - twierdzi Sebastian.
Ze spokojnego Hampi podróżnicy udali się do Bombaju, który szybko opuścili na rzecz urokliwego Jodhpuru z niezwykłym fortem i pustynią Thar. Po Niebieskim Mieście przyszła pora na złote - Jaisalmer.
- Klimat panujący w forcie jest bajkowy - przekonuje Sebastian. - Wąskie uliczki biegnące pomiędzy pięknie rzeźbionymi, piaskowcowymi budynkami, kramy ze starociami, zapach przypraw, kawy i tytoniu palonego w specjalnych fajkach - hukach. To zupełne przeciwieństwo Jaipur. Żeby wychwycić esencję tego miejsca, trzeba wyobrazić sobie zapach kadzideł, orientalnych przypraw i spalin z lekką domieszką krowiego łajna.
Ostatnimi miejscami, które zaliczyli, była Agra ze słynnym Taj Mahal, wioska seksu - Khajuraho i święte miasto hindusów - Varanasi.
- Według hinduskich wierzeń śmierć i pogrzeb w Mieście Światła pozwalają wyrwać się z kręgu reinkarnacji. Dewoci z całego kraju ściągają tu, by dokonać żywota i czekając na śmierć, codziennie obmywają się w Gangesie. Niektórych z nich stać na spędzanie ostatnich dni w godnych warunkach, niektórzy żyją i umierają na ulicach, a ich ciała palone są na publicznych stosach - mówi Sebastian. - To miasto dla ludzi o mocnych nerwach, również ze względu na fatalną komunikację.
Indie nie takie straszne
Po przejechaniu 5580 km, przemierzeniu dziewięciu indyjskich stanów, wykonaniu około 2 tys. zdjęć, zjedzeniu blisko 30 kg pomarańczy i bananów, 19 omletów masala, prawie 7 kg ryżu z warzywami i niezliczonych odmowach rikszarzom, tuż przed świętami Asia i Sebastian wylądowali w Polsce.
- Mamy nieodparte wrażenie, ze Indie w powszechnej świadomości są zdemonizowane. Często podkreślany poziom natrętności Hindusów nie jest wcale większy niż ten, który znamy chociażby z krajów arabskich. Co więcej, spotkaliśmy bardzo dużo ludzi, którzy chcieli nam pomóc zupełnie bezinteresownie. Zabawną dla nas rzeczą był stosunek Hindusów do prywatności i przestrzeni osobistej. Normą było otwarte, niczym nieskrępowane zaglądanie nam w telefon, czytanie "przez ramię" przewodnika, przybieganie tylko po to, żeby się przywitać i przedstawić lub… zrobić sobie z nami zdjęcie - zauważają Asia i Sebastian. - Na początku nieco obawialiśmy się sfor dziko żyjących i wyglądających na wygłodniałe psów, okazało się jednak, że nie były nami zupełnie zainteresowane. Prawdziwą zmorą byli natomiast żebracy, w tym dzieci. Są wszędzie i rzadko dają się łatwo przegonić. Generalnie to przyjemny i relatywnie prosty w podróżowaniu kraj. Wystarczy tylko płynąć z prądem i nie próbować dostosowywać wszystkiego do własnych przyzwyczajeń - niektóre rzeczy, jak specyficzny stosunek do spraw czystości, trzeba po prostu zaakceptować. Można też, wzorem wielu osobliwych postaci przybywających z Europy, Australii i USA, "szukać tu siebie". Nie wiemy dokładnie, na czym owo "szukanie siebie" polega, być może dlatego, że my się wcale nie zgubiliśmy ;-).
K.F.
/WS/